Grupa:
Inwestycje.pl Waluty.com Kantory.pl Investing.pl Fundusze24.pl TwojeFinanse.pl Forum-Prawne.pl Sfera-Finansow.pl
oferty biznesowe   giełda samochodowa   oferty pracy   english version

Czasy na świecie:

Nowy Jork (USA) 05:17:40 -6h
Tokio (Japonia) 19:17:40 +8h
Sydney (Australia) 20:17:40 +9h
Londyn (Anglia) 10:17:40 -1h
kursy walut | Waluty.com.pl

Artykuł

Menu artykułu

Treść artykułu

150

Dziś już nikt nie kocha euro

31.05.2010 18:10 poniedziałek
Euro walczy dziś o przeżycie. Dolar, jen oraz złoto stają się dziś bezpieczniejszą przystanią. Jeśli upadnie euro, upadnie cała idea zjednoczonej Europy – twierdzi kanclerz Niemiec. Nikt już dziś nie kocha euro, tylko polskie elity władzy i biznesu marzą o jego szybkim przyjęciu, nawet za cenę spowolnienia gospodarczego. Wirtualne w dużej mierze 750 mld euro Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) to tylko kupowanie czasu. Rynki nie wierzą już ani w szybką odbudowę euro, ani w obietnicę drakońskich oszczędności ze strony dłużników. Kapitał spekulacyjny nie zamierza odpuszczać europejskiej walucie.

Każdy kolejny dzień okazuje dobitnie, że euro wisi dziś na przysłowiowym włosku, że zaczyna być zbyt kosztowne i nieopłacalne nawet dla najbogatszych krajów Unii. Coraz bardziej ciągnie w dół, hamuje gospodarkę i powiększa długi krajów i tak już totalnie zadłużonych
. Dziś gdy obywatelom Niemiec, Francji, Holandii, Szwecji, Austrii przychodzi płacić coraz wyższe rachunki za życie na kredyt południowców: Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, coraz częściej winę za kolejne problemy, cięcia, oszczędności zrzucane są na wspólną walutę. Wszyscy w Unii chcą mieć dziś pełne koszyki, ale nie wszyscy chcą i mogą za nie zapłacić. Koniec płacenia za wspólnotowych oszustów – mówią dziś Niemcy.

Strefę euro czeka drugi etap kryzysu
Euro przez lata dawało ułudę stabilizacji i dobrobytu. Wspólną walutę bardziej kojarzono z niemiecką marką i gospodarką, a nie z grecką drachmą, portugalską gospodarką czy włoskim długiem publicznym. Póki bogate kraje Eurolandu, z Niemcami na czele, korzystały ze wspólnego europejskiego rynku, zapewniając sobie zbyt dla swojego potężnego eksportu, póty nikt nie narzekał. Dziś gdy to Niemcom przychodzi płacić najwyższe rachunki w ramach EMS – ok. 148 mld euro, szemranie jest coraz głośniejsze. Nic dziwnego, że niektórzy przedstawiciele niemieckich elit mówią o swojej roli w obronie euro wprost: „to kupowanie czasu” oraz że to Niemcy są dziś „głupkami Europy”. Niektórzy mówią o EMS, że to nieodwracalny błąd, że dość już sponsorowania euro. Zarówno we Francji, Włoszech, w Niemczech, Austrii, jak i Grecji coraz częściej podnoszoną się głosy, że warto już porzucić Euroland i powrócić do własnych narodowych walut. Gdyby dziś przeprowadzić referendum w tych krajach, wyniki byłyby szokujące, ale na niekorzyść euro. Nie znikła, a wręcz odradza się tęsknota za marką, szylingiem czy pesetą. Jeśli kryzys w Europie będzie się pogłębiał, a na to niestety wygląda, to nie można dziś wykluczyć rozpadu strefy euro, a przynajmniej jej znacznego przerzedzenia. Brama zostanie też zatrzaśnięta na długo przed aspirującymi do tej strefy. Niemcy mają już dość ratowania strefy euro, tym bardziej, że pozostali, z Francją na czele, coraz bardziej wymigują się od ponoszenia dodatkowych kosztów i wprowadzania nowych regulacji. Przecież Grecja i jej kłopoty to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Rynki mają bowiem uzasadnione obawy co do wypłacalności również innych krajów strefy euro. Trudno też liczyć na szybkie wyrównanie konkurencyjności gospodarek państw Eurolandu, to musi potrwać lata.

Euro – symbol potęgi czy kula u nogi?
A tak wyśmiewano się w Europie z działań Amerykanów, FED-u, Banku Anglii, zwłaszcza tu nad Wisłą. Totalnie krytykowano luzowanie polityki fiskalnej, łagodzenie ilościowe, stymulację finansową, moratoria i zwiększanie podaży pieniądza na wielką skalę. Chcąc nie chcąc zagrożona bankructwem Europa musiała pójść podobną drogą – właśnie łagodzenia polityki monetarnej. Co prawda po nocnej naradzie i pod presją spekulantów, z pewnym obrzydzeniem, ale ustanowiła fundusz ratunkowy dla euro i możliwość skupowania śmieciowych obligacji przez EBC. Nie całkiem zbankrutowani członkowie Eurolandu musieli wziąć na siebie poważne długi ewidentnych bankrutów. Recesja więc zagości na dłużej w Eurolandzie. EBC nie podniesie jeszcze przez długi czas stóp procentowych, kapitał krótkoterminowy uciekać więc będzie za ocean, do Szwajcarii i Azji. USA zdecydowanie szybciej wyjdą więc z kryzysu i recesji. To tam będzie chwilowo ta bezpieczniejsza przystań i większe szanse na chwilowe zyski. Sytuacja w Europie może się jeszcze pogorszyć, tym bardziej, że spekulanci mogą na większą niż dotychczas skalę przetestować wytrzymałość strefy euro oraz sprawdzić, na ile prawdziwe a nie wirtualne jest owe 750 mld euro. Jeśli więc nawet wcześniej nie było kryzysu w Eurolandzie, to z pewnością po wprowadzeniu EMS już jest. O ile prawdą jest, że to prezydent Francji N. Sarkozy groził opuszczeniem strefy euro, mając na sercu nie tyle dobro Greków, ile bezpieczeństwo francuskich banków, o tyle niewątpliwie nie mamy już do czynienia z jedną zgraną drużyną grającą do jednej bramki. Nowy brytyjski rząd Camerona i Clegga mówi „nie” strefie euro i nowym regulacjom, a francusko-niemiecki tandem przestaje zgodnie pedałować. Niemcy słusznie więc są poirytowani.
Euro pomału przestaje być ulubieńcem inwestorów długoterminowych, w tym banków centralnych wielu krajów. Staje się za to ulubieńcem spekulantów podobnie jak polski złoty. Inwestorzy pozbywają się zatem euro, grając na nim, skoro mocno tanieje – 1,21 do dolara to dopiero początek przeceny. W niezbyt odległej przyszłości relacja euro do dolara może powrócić do poziomu 1 do 1, w wariancie optymistycznym. Status euro jako waluty rezerwowej jest dziś bardzo poważnie zagrożony. Same Chiny, które mają w euro rezerwy na poziomie 700 mld, przy łącznej wartości rezerw ok. 2,2 bln USD, mogą też zacząć pozbywać się euro w takiej sytuacji.

Europa przypomina beczkę prochu
Czy słabe euro zwiększy eksport krajów Eurolandu, co pomoże im to znacząco zmniejszyć gigantyczne deficyty i ogromne zadłużenie? Byłoby dobrze, ale gwarancji nie ma. W ciągu ostatniego pół roku euro osłabiło się aż o 17 proc. Zaczyna ono być więc mało stabilną walutą, podobnie zresztą jak polski złoty. To wszystko wymusza na rządach Eurolandu i Unii klasyczne cięcia wydatków, coraz większe oszczędności, ograniczanie deficytów, wynagrodzeń, emerytur, wydłużanie wieku emerytalnego, jest to jednak broń obosieczna – cięcia muszą skutkować długotrwałą recesją i słabnącą koniunkturą oraz zubożaniem państw i całych narodów, a niewykluczone, że mogą prowadzić do swoistej Wiosny Ludów w Europie, co na razie udowadniają Grecy. To nie są kasandryczne przepowiednie, ale całkiem realny scenariusz. To skutki tolerowania gigantycznej spekulacji, oszukańczej inżynierii finansowej, kreatywnej księgowości, a przede wszystkim życia na kredyt i ponad stan oraz przedwczesnego przyjęcia euro przez wiele państw Unii. A przecież przed Europą jeszcze trzecia faza kryzysu związana ze skutkami ograniczeń płynności banków i zbliżającym się zwrotem pomocy finansowej udzielonej przez rządy państw europejskich i EBC bankom w ubiegłym roku w początkowej fazie kryzysu – zwrotu miliardów euro, który przypadnie na połowę tego roku. Nie tylko więc przez grecką zarazę wyparowała płynność z europejskich banków. One znów boją się sobie pożyczać, bo nie wiedzą, kto ma w swoich szafach coraz mniej warte obligacje Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. Banki lokują więc swoje nadwyżki w EBC. Średnio depozyty overnight wynoszą 315 mld euro. Na liście umoczonych w greckie papiery oraz ponoszących olbrzymie straty są również banki funkcjonujące w Polsce. Po wprowadzeniu w Europie nowych obostrzeń regulacji bankowych zyski banków być może będą mniejsze o blisko 250 mld euro.

Rośnie panika
Rośnie panika wśród europejskich decydentów i bankierów. Euro stało się dla wielu Europejczyków pułapką. Wielu nowych członków UE konkurencyjność, oszczędność, innowacyjność, wytrwałość, zastąpiło szybkim przyjęciem wspólnej waluty i życiem na kredyt. Nie tylko Greków, Portugalczyków czy Hiszpanów dotyka dziś bolesne przebudzenie. Pryska miraż dobrobytu na kredyt, niestety nie ominie to też Polski. Dziś to społeczeństwa tych krajów płacą za iluzję bardzo wysoką cenę wyrzeczeń, bezrobocia i recesji. Chyba już tylko najzamożniejsza część polskich elit, z MF na czele, łudzi się, że da się przyjąć euro w 2015 r. Czy euro będzie jeszcze wówczas w ogóle istnieć? Nie warto przecież wykluczać czarnego scenariusza, który serwują nam amerykańscy nobliści z J. Stiglitzem na czele. Im dłużej dolar będzie słaby, tym szybciej euro będzie się chylić ku upadkowi, bo to bezlitosna konkurencja. Już dziś Europa musi pożyczać dolary w Stanach Zjednoczonych. Chiny zaś mogą zadać ten decydujący cios zarówno jednej, jak i drugiej stronie, ale zdecydowanie bliżej im do Stanów Zjednoczonych. Wychodzenie z kryzysu może się więc odbyć po trupie którejś z walut. Towarów i usług na świecie dziś w bród, pytanie tylko, kto je będzie w stanie dalej kupować, kto będzie miał pieniądze. Jeśli nawet jakieś kraje strefy euro ją opuszczą, świat i jego wymiana handlowa przetrwają – „show must go on”.

Stada spekulacyjnych wilków
Ciosem wbitym w plecy europejskiej walucie mogą być skomasowane działania kapitału spekulacyjnego. Nic dziwnego, że niemieccy ministrowie mówią o stadach wygłodniałych spekulacyjnych wilków, a politycy brytyjscy o przestępczej działalności banków inwestycyjnych. Politycy Eurolandu mówią o konieczności powstrzymania ciemnej strony mocy funduszy hedgingowych, złowróżbnej i sprzedajnej roli agencji ratingowych czy „nagiej” krótkiej sprzedaży, czyli pożyczania akcji, by grać na nich, zarabiać na ich spadkach, nawet wtedy, kiedy się ich fizycznie nie posiada. Właśnie Niemcy jako pierwszy, ale nie ostatni kraj w Europie prawnie zabronili tego procederu. Francuzi protestują i podważają opinię Niemiec co do rozwiązań regulacyjnych. Żeby było śmieszniej my Polacy właśnie od lipca wprowadzamy ową krótką sprzedaż. Pieniędzmi emerytów można będzie grać niczym w kasynie. Całkowicie słusznie kanclerz A. Merkel uważa, że: „destrukcyjne rynki finansowe” trzeba poddać kontroli, bo nie są one w stanie skorygować same swoich własnych błędów. Ciekawe co na to powiedzą nasi liberałowie, na czele z MF J.V. Rostowskim? MF Niemiec mówi o tym, że rynki finansowe muszą służyć realnej gospodarce a nie odwrotnie. Kanclerz Niemiec może żądać zmian, bo to ona płaci i wymaga, to Niemcy były i są głównym sponsorem strefy euro i UE, ale ich cierpliwość wyraźnie się kończy. A. Merkel zdaje sobie sprawę, jak poważna jest dziś sytuacja strefy euro, a nawet całej UE. Inni robią jedynie dobrą minę do złej gry. To najprawdopodobniej nie koniec obostrzeń dla kapitału spekulacyjnego, funduszy hedgingowych czy agencji ratingowych w Europie. Wprowadzona zostanie quasi-koncesja w Europie na działania amerykańskich agencji ratingowych, prawdopodobnie również podatek od transakcji spekulacyjnych, zakaz krótkiej sprzedaży obligacji krajów strefy euro i dużych niemieckich banków i instytucji finansowych. Może to też dotyczyć już słynnych ze skali manipulacji CDS-ów, czyli ubezpieczenia długów od ryzyka bankructwa. Niemcy już nie ostrzegają rynków, one dla ratowania strefy euro i idei zjednoczonej Europy usiłują te rynki utemperować. Europejscy przywódcy nie dają się nabrać na opowieści prezesa Goldman Sachs, który twierdzi, że to oni prowadzą robotę Boga. Nasi rządzący ochoczo zapraszają bank Goldman Sachs do współpracy przy prywatyzacji, nie bacząc, że wcześniej ten sam bank na potęgę spekulował na polskiej walucie. Wygląda na to, że to właśnie Niemcy jako pierwsze zrozumiały powagę sytuacji oraz to że spekulacyjne siły „zła i ciemności” urosły na rynkach finansowych tak bardzo, że brak szybkiej i zdecydowanej reakcji może unicestwić nie tylko Grecję, ale całą strefę euro i jej wspólną walutę. Dziś Niemcy samotnie walczą z kryzysem, chcąc zreformować strefę euro i wprowadzić kontrolę rozpasanych rynków. Jeśli się to nie uda, może powstać całkiem nowa Unia – znacznie mniejsza. Zdaniem papieża Benedykta XVI rządzący niedostatecznie reagują na kryzys ekonomiczny i praktyki spekulacyjne wobec krajów najsłabszych. To najpoważniejsze ostrzeżenie dla rynków finansowch ze strony Kościoła od lat.

Autor Janusz Szewczak
Autor jest głównym ekonomistą SKOK

Gazeta Finansowa 28. 05. 2010







złotówka
01.06.2010 22:26 wtorek ~kropka
no to ani inewstycji ani kredytu w euro nie wezmę - kredyty sobie złotówkowe cenię za dostępność wysoką np. w getinie ale i za to że raty nie wachają się z byle powodua
??
01.06.2010 09:19 wtorek ~Grek
Z większością mozna sie zgodzic, ale skąd przekonanie autora że ingernacja panstwa w rynki jest konieczna i że Watykan zna się na rynkach finansowych.
Inne artykuły z tego działu: Inne artykuły:

Niepewność w Niemczech. Korea straszy

2017-09-26 11:10:39

BM Alior Bank - Raport Rynkowy

2017-09-26 10:46:27

Polski orzeł trochę traci

2017-09-26 09:55:42

Czy to już wojna?

2017-09-26 09:34:46

BM Alior Bank - Raport Rynek Akcji

2017-09-26 08:59:08